Przejdź do głównej zawartości

Struga

Z początkiem grudnia poczułam bezpieczeństwo zalążka rutyny, która wkradła się w moje małe życie. Z migawki miałam zacząć korzystać dopiero w przyszłym roku akademickim, na razie trenowałam najkrótszą trasę między dworcem a uczelnią. Jeśli się pospieszyłam, na miejscu byłam szybciej niż jadący według planu tramwaj. W godzinach szczytu to nie było jednak żadne osiągnięcie.

Do śmierdzącego moczem przejścia podziemnego, dalej koło żyletkowca do Sienkiewicza, szybki skręt w ciemną Moniuszki, opary unoszące się z Irish Pubu, mdlące i duszne, ten sam niepełnosprawny żul czuwający przy niskim, zarzyganym parapecie. Zaczęłam rozpoznawać detale miejsc – codziennie te same łódzkie szarości, tym mniej nasycone, im wcześniejsza była godzina. Przez większość tygodnia właśnie była wczesna. Nauczyłam się, gdzie robić skrót między Piotrkowską a Kościuszki, a później dobiec do Andrzeja. Nie, wybiegam zbyt naprzód. Wtedy jeszcze mówiłam Struga. To odróżniało mnie ostrymi liniami od miejscowych.

To był czas, kiedy światło słoneczne bez filtra szyby widywałam tylko w czwartki. Rano. Choć na granicy Śródmieścia i Polesia przez wszystkie miesiące jesienno-zimowe to światło było naznaczone jakimś pyłem łódzkości. O tym, że może być inaczej, przekonałam się dopiero w kolejnym semestrze. Na razie jednak była zima. Czwartki różniły się od innych dni, bo jechałam późniejszym pekaesem. Mniej osób spało, było już widno i można było coś czytać, nie tak jak o szóstej, gdy z czytania nici, wszyscy śpią, a w radiu leci, całkiem od czapy, Jak minął dzień Krzysztofa Krawczyka. Chyba ktoś nie przejrzał playlisty przed jej zaakceptowaniem.

W czwartki siedziałam do późna, ale przez Andrzeja, tfu, Struga, przebiegałam w okolicach godziny dziewiątej. Zaczęłam rozpoznawać ludzkie detale miasta. Tydzień w tydzień widziałam tych samych ludzi wysiadających z emzetki 99 (wiedzieliście, że tu nikt nie mówi na autobus emzetka?) i tego samego starszego, wysokiego pana z brzuszkiem, który pracował jako „stopek” przy przejściu dla pieszych przy szkole podstawowej. To chyba normalne, że zaczęłam mu mówić „dzień dobry”, prawda? Tak tydzień w tydzień mijać w tym samym miejscu tę samą osobę… On się chociaż nigdzie nie spieszył, w przeciwieństwie do pędzących w szarość pasażerów autobusu. Nawet gdybym miała na to ochotę, nie zdążyłabym ich pozdrowić, bo tak szybko znikali. Nie miałam ochoty.

Zatem Pan Stopek i ludzie z dziewiątek (o, to, to – tak łodziak powie na emzetkę 99). W czwartki Łódź miała ludzi, nie tylko miejsca. Moją rutyną stało się obserwowanie ich rutyny. Chyba wtedy myślałam, że jestem ponad nimi, jako świadoma tego stanu. Autotematyzm dopadał mnie zasadniczo w czwartki.

Z dziewiątek wysypuje się kilkanaścioro pasażerów, wśród nich jest drobna kobieta po 50. Szczupła, niższa nawet ode mnie blondynka z torebką przerzuconą przez ramię i małą, nieprzezroczystą foliówką. Teraz pewnie byłaby to papierowa torba, ale trzymajmy się faktów. Niezależnie od pogody biegnie w stronę Kościuszki, pewnie na przesiadkę, próbując pokonać ograniczenia swojej postury. Jej tułów jest nieco szybszy niż kończyny. Raz… dwa… trzy… Wiem, na co czekam. Jak co czwartek (może w inne dni wyglądało to podobnie?) kobieta podbiega do odzianego w kamizelkę odblaskową Pana Stopka, który kilkanaście sekund temu odpowiedział na moje „dzień dobry”, wspina się na palce, krótko całuje go w usta, wręcza mu torbę, najprawdopodobniej z drugim śniadaniem i biegnie dalej. Ich kontakt trwa może 4 sekundy, podczas których kobieta, nazwijmy ją Basia, praktycznie się nie zatrzymuje. Żadne z nich nie odwraca się za drugim, nie woła, tak jakby tych czterech sekund w ogóle nie było. Jak gdyby się nie wydarzyły. A ja je widziałam. W każdy czwartek minutę po odjeździe dziewiątek z przystanku Struga-Gdańska przed budynkiem szkoły podstawowej.

Wydawało mi się to wtedy tak wzruszająco urocze. Czekałam na ten moment w każdy czwartek i nawet przyspieszałam kroku, jeśli pekaes do Łodzi jechał dłużej niż zwykle. Po prostu musiałam być na Struga w momencie odjazdu dziewiątek z przystanku. Było to tak różne od tego, czym raczyła mnie Łódź i tak pożądane w miejscu, wobec którego miałam plany, nie tylko studenckie, ale także osobiste, że czułam podekscytowanie odpowiadające temu przyjemnemu mrowieniu, pojawiającemu się w piersi podczas oglądania komedii romantycznych.

Raczyłam się ich rutyną jak czytaniem tych fragmentów Jane Eyre, które dają nadzieję. Czułość skryta pod płaszczem obojętności, udawanie przed samym sobą, że nikt nie widzi pocałunku i torby z jedzeniem. Ja widziałam. Reszta pasażerów patrzyła w chodnik, nie widząc, lub nie chcąc widzieć niczego poza własnymi przemoczonymi lub oblepionymi solą butami. Karmiłam się ich rutyną, nie ukrywam tego i wiedziałam o tym nawet wtedy. Byli lepsi nawet od Edwarda kłócącego się o pieniądze z Jane. Syciłam się ich rutyną, a także maskami ich obojętności i smutkiem powlekającym ich twarze, dzięki którym nie wyróżniali się na tle tego ciemnoszarego miasta.

Miałam nadzieję. Naprawdę miałam nadzieję, że dla tego miasta nie wszystko jeszcze jest stracone. Każdy czwartek dorzucał drew do tego coraz większego wtedy ogniska. Rutyna Basi i Pana Stopka nie miała prawa się zachwiać. Rosła moja wiara w to miasto i jego ludzi.

Wtorki nie były punktem stycznym mojej i ich rutyny. We wtorki jechałam za wcześnie i wyjeżdżałam za późno. Wtorki ociekały moją rutyną i Bartkowym śmiechem dobiegającym z końca korytarza. Do czasu sesji. W lutym. Sypał śnieg, płatki kładły się na moim rozedrganym po egzaminie ustnym czole. Kilka godzin wcześniej, w oczekiwaniu na egzamin, musiałam zrewidować swoje nadzieje. Nic to, nie pierwszy raz przecież. Egzamin, pekaes, empetrójka i do przodu. Jak zawsze. Powoli, bo odjeżdżał za godzinę, a czekanie na Fabrycznym to wątpliwa przyjemność.

O Basi i Panu Stopku nie myślałam w tamtym momencie. To nie wchodziło w ramy tego konkretnego dnia. Ich rutyna konstytuowała Łódź w znacznie większym stopniu niż moje, dopiero co zrewidowane, wyobrażenia. Skoro tramwaje jeżdżą, na chodniku jest plucha, a ktoś wymiotuje na rogu, to znaczy, że z Łodzią jest wszystko po staremu.

Na wysokości przystanku dziewiątek przechadza się Pan Stopek. Z naprzeciwka, tak, że widzę jej twarz, idzie Basia pod rękę z jakimś mężczyzną w jej wieku. Nie patrzy pod nogi, tylko smutnymi oczami prosto na Pana Stopka. Łącząc ręce, dotyka swojej obrączki. Pan Stopek, mijając się z nimi, unosi kaszkiet i mówi: „dzień dobry państwu”.

Byłam dopiero na pierwszym roku studiów i nie miałam temu miastu już nic do powiedzenia.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Dwunastka (2)

To jest druga część opowieści o Zosi i Filipie. Poprzednie znajdziesz tu .    - Zosiu, zostaniesz po zajęciach? Był początek czerwca. Geografica, pani Górna, właśnie skończyła odpytywać osoby, które poprawiały oceny na koniec roku. Zosia nie miała nic do poprawienia. Kiedy wywołała jej imię, miała wrażenie, że czuje na sobie zdegustowane spojrzenia reszty klasy. Poprawiła grzywkę, nasuwając ją na oczy. Kiwnęła głową do nauczycielki, bez odzywania się. Monika w tym czasie chowała głowę za opartą o brzeg ławki książką, w której ukrywała telefon. Pewnie pisała do Karola. Na szczęście od kilku tygodni przestała dzielić się ze wszystkimi szczegółami ich związku. Zosia pomyślała, że to pewnie przez to, że zrobiło się między nimi zbyt intymnie. Zadzwonił dzwonek na długą przerwę, wszyscy zaczęli wychodzić na korytarz, ale do klasy weszło troje uczniów z innych klas, których Zosia nie znała. Dwie dziewczyny, rudowłose bliźniaczki, i chłopak. Nauczycielka zaprosiła ich ręką, a Zosi...

Dwunastka. Nowela

Zapraszam Was serdecznie do lektury opowieści pt. Dwunastka , której główna bohaterka - licealistka Zosia ma problemy z niską samooceną. Wrażliwa dziewczyna poznaje pewnego siebie chłopaka, z którym zaczynają ją łączyć wspólne cele. Akcja noweli dzieje się w Łodzi. Dla wygody publikacji podzieliłam tekst na mniejsze fragmenty Dwunastka cz. 1 Dwunastka cz. 2  Dwunastka cz. 3 Dwunastka cz. 4 Dwunastka cz. 5 Dwunastka cz. 6 Zapraszam też, jeśli ktoś tak woli, na mój profil na wattpadzie https://www.wattpad.com/user/joannasiemiradzka