Przejdź do głównej zawartości

Dwunastka (6)

To jest ostatnia część opowieści o Zosi i Filipie - poprzednie znajdziesz tu.

21 sierpnia

- Nie wierzę, że nam się to udało – Zosia radośnie mówiła do telefonu.

- Jak miało się nie udać, skoro wisiałaś nade mną jak katowski miecz.

- Bez przesady, nie poganiałam cię.

- Ty może nie, ale kalendarz tak.

- Ale czekamy z wysłaniem jeszcze kilka dni?

- A chcesz czekać? Nie wiem, co robić, kiedy praca jest gotowa przed terminem. To mój pierwszy raz w życiu.

- Powinna poleżeć. Zajrzymy do tego, prześledzimy potknięcia i poprawimy. Podrasuję trochę tę legendę o Stawach Jana.

- Jest w porządku, zostaw ją – powiedział nadmiernie błagalnie, przeciągając głoski.

- Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej.

- Jeśli poprawiasz coś zbyt wiele razy, na pewno to zepsujesz. Legendę zostaw taką, jaka jest. Pamiętasz jeszcze, jak uważałaś, że jest zbędna? – podpuszczał ją, żeby zaczęła się buntować. Zignorowała ten komentarz.

- No to masz wolne.

- Ty też.

Zapanowała między nimi pełna napięcia cisza. Od rozmowy w lipcu, kiedy Zosia usnęła słuchając głosu Filipa, nie rozmawiali ze sobą, tylko pisali e-maile. Wyłącznie na temat pracy. Teraz Zosia zadzwoniła pierwsza, nie zastanawiając się nad tym, co robi. Była usatysfakcjonowana i chciała się tym z kimś podzielić. A konkretnie z nim.

- To kiedy się widzimy? – zapytał z wahaniem.

- Pewnie wpadniemy na siebie w pierwszych dniach września. Pracę wyślę za parę dni, żeby dać Górnej czas przed rozpoczęciem roku. Ty już się o to nie martw.

- Nie tym się martwię.

- To czym? Rozpoczęciem roku? Maturą?

- Powiedzmy. Przygotowuję sobie plan działania.

- Ha! Przyzwyczaiłam cię. Jestem tą złą, która zmieniła Twoje spontaniczne nawyki. Plan jest wykonalny? Terminowy? Mierzalny?

- Tak. Wersja podstawowa kończy się przed studniówką, a dodatkowa krucjata razem z zakończeniem roku trzecich klas, czyli z końcem kwietnia.

- Krucjata? Brzmi to ciężko.

- Wolę być mile zaskoczony.

- Chcesz, żebym Ci jakoś pomogła się zorganizować?

- Nie, Miniaturko, to moje zadanie.

Znów zapadła cisza, tym razem wywołana tym, że żołądek Zosi zrobił fikołka, gdy usłyszała w jego ustach to określenie. Nie słyszała go od… od ostatniej rozmowy.

- Dobrze, to Ty zbieraj siły, a ja przejmuję dowodzenie w naszej sprawie.

- Nawet na chwilę mi go nie oddałaś.

- Bez przesady! Decydowaliśmy oboje.

- Ta, jasne.

- Właśnie tak.

- Właśnie, że nie. Pilnowałaś wszystkiego jak jakaś harpia. Zawsze taka jesteś, jak o coś walczysz?

- Wydaje mi się, że zeszliśmy z tematu edukacji.

- Ja zmieniłem temat już dłuższą chwilę temu.

To zbiło Zosię z tropu.

- To może ja się położę. Jest późno.

Dopiero teraz uświadomiła sobie, że podekscytowana rozmawia z Filipem od dłuższej chwili, choć jest prawie północ. Rodzice śpią, ale Jagna pewnie jeszcze nie. Miała nadzieję, że siostra ma założone słuchawki i nie słyszy tego, że Zosia tak późno rozmawia przez telefon.

- Masz rację, idź spać - odpowiedział.

- Ty też się połóż.

- Ja już leżę.

- To uśnij.

- Nie usnę, jak mi będziesz cały czas gadała do ucha.

- Ty się mnie czepiasz!? – odparła z udawanym oburzeniem.

- Oczywiście. Rozłącz się.

- Ty pierwszy.

- Nie ma mowy.

- Ok, to na trzy-cztery – zaproponowała, chichocząc ze zmęczenia. Chyba ze zmęczenia.

- Czekam na Twój sygnał.

- Trzy – czte – ry!

- Nie rozłączyłem się.

- Wariat.

- Czyli ty też nie.

- Aha. Dobra, kończę tę dziecinadę.

- Dlaczego? To przyjemne słyszeć, że coś sprawia ci radość. Zwłaszcza, jeśli tym czymś jest rozmowa ze mną.

- Jasne, chciałbyś. Cieszę się, że skończyliśmy pisać pracę.

- Aha, a ja mam w to uwierzyć.

- Oczywiście! O co ci chodzi?

- O nic, zupełnie.

- To teraz będziemy się kłócić?

- A czemu nie? – zaczął się śmiać w głos.

- Śpij już – odpowiedziała i się rozłączyła. Dłonie jej drżały, a oddech miała przyspieszony.

 

Wciąż trzymała w ręku telefon.

Zosia: Nie chcę się z Tobą kłócić.

Odpisał od razu:

Filip: A ja mogę się z Tobą choćby kłócić.

 

Zosia odłożyła telefon na łóżko i wyszła do łazienki, żeby schłodzić twarz. Spojrzała na siebie w lustrze. Odgarnięta grzywka, której nie obcinała od prawie dwóch miesięcy, częściowo zasłaniała jej rozpalone policzki, ale uwidoczniała błyszczące oczy.

- Dobrze, że mnie teraz mama nie widzi, bo jak nic kazałaby mi wziąć ibuprofen – pomyślała. Usiadła na brzegu wanny i poczekała, aż się uspokoi. Dopiero wtedy wróciła do łóżka. Ale już nic mu nie odpisała.


 

5 września 2018

Szła do szkoły z naręczem książek. Zamierzała oddać je do szkolnej biblioteki jeszcze przed rozpoczęciem pierwszej lekcji, żeby pozbyć się ciężaru, jednak nie było to możliwe – biblioteka otwierała się o 8.30. Nie widziała się z nim ani na rozpoczęciu roku, ani poprzedniego dnia. Pod koniec każdej lekcji serce jej przyspieszało, a dłonie zaczynały drżeć w nerwowym oczekiwaniu na spotkanie. Kurczowo trzymała stos książek przed sobą, schodząc na parter z pierwszego piętra. Wśród tłumu licealistów, z którego większość stanowili robiący sztuczny tłok pierwszoklasiści, zobaczyła znajomą czuprynę. Gestykulował intensywnie, opowiadając coś śmiejącej się dziewczynie, idącej obok. Poczuła niemiłe ukłucie w klatce piersiowej i potknęła się nieco na schodach, zwracając na siebie uwagę nieskoordynowanym ruchem. Grzywka, której postanowiła nie obcinać, opadła jej na oczy i próbowała ją odsunąć, co bez użycia rąk okazało się niemożliwe.

- Dzień dobry Zosiu – stała jeszcze na ostatnim schodku, kiedy Filip odebrał od niej stos książek, odgarniając wcześniej jej grzywkę.

- Cześć – powiedziała cicho, unikając jego spojrzenia, czując mrowienie na czole i skroni, gdzie dotknął jej skóry.

- Kierunek biblioteka?

Kiwnęła głową.

- Spokojnie, pójdę sama.

- Zosia samosia.

- A ty wyrywasz się z tą swoją rycerskością jak filip z konopi – odpowiedziała, patrząc mu prosto w oczy w przypływie odwagi. Jak gdyby na chwilę obudziła się w niej poprzednia Zosia.

- Aj, ty masz jednak pazurki! – zaśmiał się ciepło, idąc obok niej długim krokiem. A ona za nim, jak obrażona pięciolatka. Tak jak w czerwcu, ale teraz coś było inaczej. Nie wiedziała jeszcze, co.

Weszli do biblioteki, gdzie gromadził się tłum pierwszaków, którzy nadgorliwie chcieli wypożyczyć książki polecane przez nauczycieli jako uzupełniające. Przejdzie im pewnie za miesiąc, kiedy zaczną się pierwsze sprawdziany. Ilość nauki z podręczników i tak była przytłaczająca.

Zosia zdjęła plecak i stanęła na końcu ogonka, który uformował się od wejścia aż do kontuaru, ale Filip się nie zatrzymał i podszedł z szerokim uśmiechem do biurka bibliotekarki, kładąc przed nią książki.

- Ach, to ty, chłopcze – bibliotekarka odwzajemniła uśmiech, a Zosia szybko podbiegła z plecakiem w ręce, żeby stanąć obok niego.

- Dzień dobry – odezwała się Zosia. – Przynieśliśmy te książki, które w czerwcu były wypożyczone dla nas na kartę pani Górnej.

- A tak, tak, pamiętam, gołąbeczki – bibliotekarka oderwała wzrok od Filipa i zerknęła na Zosię, która właśnie spłonęła rumieńcem na myśl o tym, że bibliotekarka wzięła ich za parę. – Zostawcie je tutaj, odhaczę je sobie podczas lekcji.

- Dziękujemy, to lecimy – powiedział Filip i na chwilę położył Zosi dłoń w dolnej części pleców, żeby przepuścić ją przodem i pokierować przez tłum w pomieszczeniu. Było w tym coś z demonstracji. Nie wiedziała tylko co i komu było w ten sposób oznajmiane. Zrobiło jej się głupio i przyjemnie jednocześnie.

 

- Jaką masz teraz lekcję? – zapytał, kiedy znów znaleźli się na korytarzu.

- Polski, a o co chodzi?

- A mogłabyś się urwać? Twój polonista chyba nie powinien mieć nic przeciwko, jak sądzę.

- Powtórzę się: o co chodzi?

- Górna ma teraz okienko, a ja mam WOS, zatem moglibyśmy do niej skoczyć, żeby pogadać o pracy.

- OK.

- To chodź.

- OK, zapytam polonistę.

- Chodź do pokoju nauczycielskiego, zapytasz od razu.

- Zapytam na początku lekcji. Jeśli się zgodzi, to napiszę ci SMS. Zrób to, co ja i zamiast atakować nauczycielki swoim urokiem osobistym na przerwie, daj im wypić kawę.

- Mam urok osobisty? – zaśmiał się, intensywnie poruszając brwiami, ale Zosia, zażenowana swoimi słowami, zdążyła się już odwrócić.

 

- Mów natychmiast. Dlaczego się nie chwaliłaś? – Monika zarzuciła ją pytaniami, gdy tylko Zosia podeszła do grupy osób czekających na polski.

- Czym się miałam chwalić?

- Chyba kim? Widziałam tę słodką scenkę na schodach na początku przerwy.

- Nie spotykamy się. On kogoś ma.

- Jasne, dlatego patrzy na ciebie cielęcym wzrokiem, a ty po rozmowie z nim jesteś zarumieniona.

- Biegłam. Chciałam oddać książki i nie spóźnić się do Trojana na lekcję.

- Czy ty w ogóle zwróciłaś na to uwagę, że on najpierw – podkreśliła to słowo podnosząc palec wskazujący – odgarnął ci włosy, a dopiero później wziął od ciebie książki? Normalnie wziąłby książki, albo nawet i nie, a nie dotykał ci włosów.

- Przypadek. Jest dla mnie jak brat. Nieco wkurzający brat.

- Nie sądzę – powiedziała Monika konspiracyjnie, bo właśnie w stronę klasy z kluczem zmierzał polonista, który budził respekt. Zosia bała się go może trochę mniej niż inni, bo jeszcze nigdy nie przyłapał jej na nieprzygotowaniu.

Zamiast iść za Moniką w stronę zazwyczaj zajmowanej ławki, od razu podeszła do biurka, pytając, czy mogłaby, zamiast zostawać na lekcji, iść na spotkanie z panią Górną w sprawie pracy konkursowej. Polonista spojrzał na nią podejrzliwie, ale wyrwała mu argument z ręki.

- Znam listę lektur dla drugiej klasy, a dzisiaj pewnie nie omówi pan więcej niż tylko kwestie organizacyjne – postarała się uśmiechnąć swobodnie, mimo że rozmowa ją zestresowała.

- Pryskaj.

- Dziękuję, do widzenia.

 

Wyciągnęła telefon z kieszeni.

Zosia: Idę. Gdzie jesteś?

Filip: Idź sama, wyrwę się za pięć minut.

 

Nieco zdezorientowana – do tej pory, pomijając wysłanie pracy, to Filip zawiadywał rozmowami z geograficą – poszła do pokoju nauczycielskiego. Zapukała, czując się coraz bardziej dziwnie, licząc na to, że to właśnie Górna otworzy jej drzwi. Poszczęściło jej się.

- Dzień dobry, chciałam porozmawiać o pracy, którą wysłałam pani pod koniec sierpnia. Czy miała pani czas ją przeczytać?

- Wejdź, nie stój tak – nauczycielka zaprosiła Zosię do pustego pokoju nauczycielskiego i wskazała miejsce przy stole. – I chcesz pewnie się poskarżyć na Filipa?

- Nie, absolutnie. Dobrze nam się rozmawiało. Tfu, pracowało.

- Ach, czyli rozpraszanie Filipa działa. Przyjdzie sam czy mam go zwolnić z zajęć?

- Wysłał mnie do pani i mówił, że przyjdzie.

- Leć po niego. Tam wisi plan – wskazała na jedną ze ścian, a Zosi zajęło chwilę, żeby odnaleźć się w planie dla nauczycieli i sprawdzić salę, w której lekcje ma klasa Filipa.

Wyszła z pokoju nauczycielskiego i skierowała się na pierwsze piętro, stresując się tym, że miałaby wywołać Filipa z klasy, kiedy on właśnie z niej wybiegł.

- Górna mnie po ciebie wysłała.

- Mówiła coś?

- E, nie.

- Twój plan wyjścia na początku lekcji się nie powiódł?

- Kobieta od WOS-u jest lekko szalona. Każdą lekcję mamy zaczynać od pisemnej odpowiedzi na kilka pytań o ostatnie wydarzenia polityczne.

Wrócili do pokoju nauczycielskiego. Zosia usiadła na miejscu, na którym siedziała chwilę temu, z rękoma na kolanach. Filip obok z rękoma na blacie.

- Zatem czekamy na wyrok – zaczął w swoim typowym stylu komunikacji, używanym w stosunku do nauczycieli. Zosia już wiedziała, że to nie jest jedyna odmiana Filipa. Przypomniały jej się ich dwie ostatnie rozmowy telefoniczne i przebiegł jej po plecach dreszcz.

- Dobrze, że jesteście oboje. Zosiu, zimno ci?

Pokręciła głową, zaprzeczając gestem, ale Filip musiał wtrącić swoje trzy grosze.

- Ja też drżę ze strachu i ekscytacji, tylko bardziej się z tym ukrywam.

Zosia kopnęła go pod stołem. Przynajmniej taki miała zamiar, ale trafiła w nogę krzesła, krzywiąc się nieznacznie. Nauczycielka się zaśmiała pod nosem, a Filip udał, że tego nie zauważył.

- Wasz tekst dobrze się czyta, nawet bardzo dobrze, wyszedł wam taki gawędziarski przewodnik z podstawami teoretycznymi.

- Co konkretnie mamy poprawić? – Zosia nie wytrzymała.

- Zaznaczyłam kilka drobiazgów, ale ogólnie to dobra praca, uporządkowana…

- To zasługa Zosi.

- …i pomysłowa.

- To robota Filipa – wtrąciła dziewczyna.

- Właśnie. Przejrzyjcie sobie moje komentarze, jeśli macie pytania, to pytajcie, teraz lub później.

Sięgnęli po wydruk ich pracy z notatkami nauczycielki, nachylając się nad stołem. Przysuwając krzesło bliżej, Zosia zetknęła się z nim udami. Zrobiło jej się duszno, gdy poczuła tuż przy twarzy jego oddech. Odsunęła się szybko.

- Możemy wziąć te kartki? Jeśli coś byłoby niejasne, mam pisać e-mail, czy szukać pani na przerwach? – zapytała.

- Jutro mam z wami lekcje. Wygospodarujemy kilka minut.

- Dobrze, to ja wezmę te kartki i wracam na lekcje.

Filip przeglądał jeszcze komentarze do tekstu i złapał Zosię za rękę, gdy wstała z krzesła i chciała zabrać mu kartki sprzed nosa.

- Hej, nie spiesz się tak – zaoponował, wciąż przytrzymując Zosię blisko.

- Wolałabym wrócić na lekcję, przejrzę to na spokojnie w domu – powiedziała, patrząc mu w oczy i wysuwając dłoń z jego uścisku. – Ogarnę to, nie martw się.

- Nie tym się martwię.

W międzyczasie nauczycielka wstała od stołu i odwróciła się w stronę szafy z dokumentami, jakby chciała dać im nieco prywatności. Zosia poczuła, że ich rozmowa, nie pierwszy raz przecież, przestała dotyczyć geografii.

- To my już pójdziemy – powiedziała. – Do widzenia.

Filip też wstał i ukłonił się teatralnie nauczycielce.

Wyszli na korytarz. Minęła połowa lekcji i Zosia chciała wrócić na polski. Albo inaczej – nie chciała, żeby ktoś ją zobaczył poza klasą podczas trwania zajęć. Filipowi najwyraźniej to nie przeszkadzało, bo nie wyglądał, jakby się spieszył.

- Pokaż te kartki – wziął od niej wydruki i podszedł do parapetu, rozkładając je i szybko przeglądając.

- Powiedziałam, że się tym zajmę.

- Tekstem, Zosiu, ty się zajmiesz. Ja ogarnę mapy i dopasuję do uwag Górnej – wyjął z kieszeni telefon i zaczął fotografować strony z mapami. – Mam przecież u siebie robocze pliki i będzie mi łatwiej edytować.

- Tak, dzięki – powiedziała, patrząc na swoje buty.

- Za co mi dziękujesz?

- Za wszystko – podniosła wzrok, ale tylko dlatego, że poczuła intensywność jego spojrzenia.

- Przecież się nie rozstajemy – szepnął.

- Ja wracam na polski.

- Nie o tym mówię.

- Ale praktycznie skończyliśmy wykonywać zadanie.

Uniósł tylko brwi w wyrazie zaskoczenia, ale nic nie powiedział.

- Kiedy będziesz jechać do szkoły z mapami dla Górnej?

- Jutro. Wiedziałam, że wtedy będzie w szkole i że będę się z nią widzieć.

- Przyjdę rano pod twój blok, żebyś nie męczyła się z tubą.

- Nie ma mowy, poradzę sobie.

- A ta znów swoje – mruknął pod nosem.

- Nie ma potrzeby, żebyś czekał na mnie pod blokiem.

- OK.

- Cieszę się, że rozumiesz, co mówię.

- To co teraz będzie? – zapytał.

- Ja idę na końcówkę lekcji – powiedziała głośno, a w myślach dodała: jak na kujona i paszczura przystało. – A ty nie wracasz?

- Nie, posiedzę gdzieś – powiedział i zapadła między nimi cisza. – Chcesz mi towarzyszyć?

Spojrzała zaskoczona na jego zaniepokojone spojrzenie i wywnioskowała, że zadał jej to pytanie z grzeczności. Chciał posiedzieć sam, to było dla niej jasne.

- Nie, idę – zebrała kartki z parapetu. – To cześć.

- Do zobaczenia, Miniaturko – usłyszała za sobą.

Zatrzymała się na ułamek sekundy, ale nie odwróciła się do niego. Poszła dalej.

 

Wyszła z bloku z tubą z mapami, której za długi pasek powodował, że obijała jej się o łydki. Odetchnęła z ulgą wymieszaną z ukłuciem rozczarowania, gdy zobaczyła, że posłuchał jej i nie czekał na nią rano. Wolała w ten sposób. Każdy kontakt z nim sprawiał, że wyobrażała sobie za dużo. Wiedziała, jak bardzo boli rozczarowanie, gdy głowa ukształtuje już nieprawdziwy kształt rzeczy. Pamiętała, jak niemiły był kubeł zimnej wody, gdy dowiedziała się, że jest kujonką i paszczurem. Nie chciała przeżywać tego ponownie.

 

Wyszła zza szeregu bloków i zobaczyła nadjeżdżającą dziesiątkę. Złapała tubę pod ramię i dobiegła do tramwaju. Gdy tylko wsiadła razem z kilkoma innymi dobiegającymi osobami, usłyszała za sobą głos.

- Uff, zdążyłem.

- Na co zdążyłeś? – zapytała, czując łaskotanie w brzuchu.

- Na przesiadkę. Zobaczyłem cię, wysiadłem z tramwaju i wsiadłem do tego. Daj tę tubę.

- Nawet ja nie wiedziałam, że będę jechać tym tramwajem – oddała mu mapy, bo trzymanie się drążka z mapami pod pachą, które ją destabilizowały, było zbyt trudne.

- Domyślam się. Miałem szczęście.

- Wiesz, że poradziłabym sobie – wskazała na mapy.

- Ale nie chciałem, żebyś musiała. Razem zaczęliśmy tę pracę, razem skończymy.

Tramwaj szarpnął przy gwałtownym hamowaniu, a Zosia wylądowała twarzą na klatce piersiowej Filipa. Objął ją, ułatwiając złapanie równowagi. Odsunęła się. Nie chciała być tak blisko. Pluła sobie w brodę za swoją niezdarność.

- Bliżej mnie byłaś bezpieczniejsza.

- Przy tobie nie jestem bezpieczna – pomyślała, ale nic nie powiedziała głośno. Próbowała przełknąć ślinę, ale miała sucho w ustach. Przez chwilę żadne z nich nic nie powiedziało.

- Ładnie ci z taką odgarniętą grzywką – odezwał się dokładnie w chwili, gdy tramwaj dojechał do przystanku przy dworcu Kaliskim.

- Ja wysiadam tutaj.

- Pamiętam przecież.

Wysiedli razem i skierowali się w stronę przejścia dla pieszych.

- Może mi kiedyś powiesz, dlaczego nie jeździsz dwunastką – zagaił, a Zosia spojrzała na niego sceptycznie. – Ale chyba na razie nie mam co liczyć na rozwiązanie tej zagadki.

- Możemy zmienić temat? Lub pomilczeć?

- Mówisz i masz.

I nic nie mówili, idąc do szkoły obok siebie. Był początek września, teoretycznie wciąż trwało lato, a praktycznie było już czuć poranny chłód. Zosia wbiła ręce do kieszeni bluzy, Filip szedł tuż obok, hamując nieco swoje długie nogi. Najwyraźniej przeszkadzało mu nierówne tempo dopasowane do sporo niższej dziewczyny, ale i tak wyglądał na zadowolonego. Odsłona radosnego Filipa, szkolnego zawadiaki. Milczenie z nim było dobre. Aż zbyt dobre. On z tubą przewieszoną przez ramię szedł bliżej krawędzi ulicy, ona, wpatrzona w chodnik, od strony budynków. Zosia co jakiś czas wyjmowała rękę z kieszeni, żeby poprawić opadającą na policzki grzywkę. Była jeszcze za krótka, żeby trzymała się za uszami. W pewnym momencie złapał ją za rękę i zamienił się z nią miejscami. Nic nie powiedział, nawet na nią nie spojrzał, a ona, zdezorientowana, rozejrzała się szybko. Z naprzeciwka zbliżał się mężczyzna z owczarkiem na smyczy. Serce zabiło jej mocniej i nie wiedziała, czy bardziej z powodu lęku przed psem czy z powodu tego opiekuńczego gestu z zamianą miejsc.

- Dziękuję – powiedziała cicho, a on wyciągnął dłoń, jakby chciał ją złapać za rękę, ale trafił tylko na jej przedramię, bo ręce już schowała do kieszeni.

- Do usług.

I znów zapadła między nimi cisza. Dobrze tak było iść razem i poczuła nieco dziwną pustkę, gdy dotarli do budynku szkoły.

- Na której lekcji masz geografię?

- Na drugiej, daj tę tubę, dzięki za… - spojrzała to na niego, to na mapy – za pomoc.

- A ja dziękuję za miłe, choć milczące towarzystwo. Dobrze tak było przejść się z rana.

- Uważaj, bo uwierzę, że polubisz organizację czasu, która pozwoli ci na takie ekscesy.

- Kto wie, kto wie – zaśmiał się.

- Chyba muszę już… - wskazała na schody.

- Po południu wyślę ci te poprawione mapy do wstawienia do pracy.

- Dzięki – zamilkła na chwilę. – No to skończyliśmy. Miło było pracować i… i rozmawiać z tobą.

- Czy ty się ze mną żegnasz? – zapytał, chyba zaskoczony, ale zadzwonił dzwonek i Zosia pobiegła na pierwsze piętro, zostawiając Filipa na parterze.

Usiadła w ławce w pracowni biologicznej, gdzie miała pierwszą lekcją tego dnia i doszła do wniosku, że już nic jej nie łączy z Filipem. Jakkolwiek bardzo by tego chciała, ich znajomość nie ma racji bytu. On ma swoich znajomych, swoje śmieszkowanie, a ona swoją paszczurowatość. Im wcześniej to się skończy, tym mniej będzie bolało. Bo o tym, że i tak będzie boleć, była przekonana.

Wieczorem odebrała e-mail od Filipa z plikami do pracy. Wstawiła je w odpowiednie miejsca, wprowadziła poprawki językowe i po dwóch godzinach praca była gotowa. Tak naprawdę to były tylko drobiazgi. Odesłała pracę Górnej, dodając Filipa do odbiorców wiadomości.

 

 

Dziewczyna szła korytarzem, wracając z łazienki. Trwała najdłuższa przerwa, podczas której udawało jej się spędzić z chłopakiem chociaż kilka minut, ale na razie musieli się gdzieś minąć. Spotykali się od niedawna i chociaż zakładali, że nie będą sobie okazywać w szkole czułości, czasem było to zbyt trudne. Chłopak podbiegł do niej i złapał ją w pasie, śmiejąc się przy tym. Rozejrzał się szybko po korytarzu, pewnie żeby sprawdzić, czy w zasięgu wzroku nie kręci się jakiś nauczyciel, po czym pocałował dziewczynę nieco zbyt namiętnie. Pod dziewczyną ugięły się nogi, a na twarz wypełzł rumieniec zawstydzenia, gdy chłopak, wciąż trzymając ją w objęciach, przesunął wierzchem dłoni po jej policzku. Szepnął jej coś do ucha, uśmiechnął się i odszedł.

 

Zosia siedziała pod klasą na najdłuższej przerwie, tępo wpatrując się w przestrzeń. Przed chwilą na jej oczach rozegrała się scenka, która sprowadziła jej myśli w niewłaściwym kierunku.

Dziewczyna i chłopak, których nie kojarzyła, wpadli na siebie na korytarzu i sprawili, że nawet patrzenie na nich było trudne. Nie widziała Filipa od tego porannego spaceru do szkoły kilka dni temu i nie chciała się przyznać nawet przed sobą, że tęskni za kontaktem z nim. Wraz z ukończeniem pracy na geografię coś straciła. I kogoś, kogo uznała za przyjaciela. Nie chciała się nad tym zastanawiać. Wstała, otrzepała spodnie i poszła do biblioteki.

- Dzień dobry!

- Dzień dobry, już idę! – bibliotekarka odpowiedziała jej przytłumionym głosem, dochodzącym zza regałów.

Po chwili wyłoniła się zza nich.

- A, to ty. Jakieś specjalne zamówienie na geografię?

- Nie, ja w innej sprawie. Pomyślałam, że może przydałabym się pani pomiędzy lekcjami.

- Minął już ten kilkudniowy okres szaleństwa wypożyczeń przez pierwszoklasistów.

- Ale może jednak mogłabym przychodzić na długich przerwach? Nie przeszkadzałabym, a mogę się przydać.

- Pewnie. Przychodź, jeśli chcesz. Zawsze możesz tu po prostu posiedzieć, jeśli tak wolisz.

 

I tak Zosia zaczęła unikać spędzania długich przerw na korytarzach. Nie patrzyła na obściskujące się pary, tylko pomagała wydawać bibliotekarce książki. Nie rozmawiała o półmetku, tylko o lekturach na następny semestr. Nie plotkowała o nauczycielach, tylko ukrywała się między regałami. Nawet z Moniką rzadziej rozmawiała. Tak było łatwiej. Nie chciała wizualizować sobie, co by mogło być, gdyby nie była paszczurem. Była właśnie taka i lepiej było to zaakceptować niż liczyć na zainteresowanie ze strony facetów. Jednego faceta.

 

Początek października

- O, tu się ukrywasz!

- Nie ukrywam się, jestem przecież.

- Monika mi dzisiaj powiedziała, że tu przesiadujesz, a ja się rozglądałem za tobą od paru dni. Myślałem, że jesteś chora. Martwiłem się.

- Pytałeś dziewczyn z mojej klasy? – spytała, lekko zażenowana.

- Tak, już jakiś czas temu, ale jakoś nie bardzo wiedziały, gdzie cię znajdę. Dzisiaj złapałem Monikę, to mi powiedziała. Przyjaźnicie się jakoś bliżej, tak?

- Nie tak blisko, jak z tobą – pomyślała, wspominając ich rozmowy sprzed kilku tygodni.

- Moniki nie było kilka dni w szkole, a ja nie jestem w centrum uwagi swojej klasy – powiedziała głośno.

- Nikt ci nie powtórzył, że szukał cię przystojniak z maturalnej? – poruszył brwiami, dodając do tej wypowiedzi pierwiastek komizmu.

- Myślę, że mogły nie kojarzyć, o kogo chodzi.

- Mnie nie zapamiętały? Nie wierzę.

- Nie, Filipie. Ciebie zapamiętały na pewno. To ja jestem przezroczysta – powiedziała, zanim zdołała się powstrzymać.

- Hej, co się dzieje? – zapytał bez cienia kpiarskiego tonu, zbliżając się do niej na odległość pół kroku. Stała tyłem do regału, więc nie miała możliwości się odsunąć. – Wiesz, że możesz ze mną pogadać.

- Nic, naprawdę. Wszystko po staremu.

- To przed czym się ukrywasz?

- Już mówiłam, że się nie ukrywam. Chcę się przydać. A tak w ogóle, to po co mnie szukałeś? Geografica nic nie mówiła mi o wynikach konkursu. Tak naprawdę to dopiero minął termin wysłania pracy – spróbowała się odwrócić, odsunąć nieco bokiem, bo czuła, że stoi za blisko niego.

- Z kim idziesz na półmetek? – wypalił, przytrzymując ją w miejscu.

- Ty też o tym? Nie idę na półmetek. Mogłeś o to zapytać Monikę. Nie musiałeś się fatygować do mnie.

- Zapytałem, wysłała mnie do ciebie – zamilkł na chwilę. - Chciałem usłyszeć to od ciebie.

- To usłyszałeś. Źle bym się czuła na takiej imprezie, więc sobie odpuszczam.

- Aha. A w moim towarzystwie też byś się źle czuła? – zapytał ciepłym głosem.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Zrobiło jej się duszno. Co on jej właśnie proponuje?

- Bo wiesz, jeśli to kwestia partnera, to mógłbym z tobą pójść.

- Słucham?

- Sorry, źle to zabrzmiało – zaczął z zakłopotania pocierać sobie prawą dłonią kark. Już kiedyś to widziała. – Chodzi o to, że…

- Wiem, o co chodzi. Litujesz się nad koleżanką, która nie ma partnera na półmetek.

- Nie lituję się, po prostu może nie pomyślałaś o mnie. Przyjaźnimy się. Chyba. A przyjaciele chyba ratują się w różnych sytuacjach.

- Nie potrzebuję ratunku w tej kwestii.

- Ale potrzebujesz w innych.

- Radzę sobie sama. Jak wiesz.

- Boże, znów wracamy do tego samego! A może nie musisz sobie radzić sama?

- Gołąbeczki, bądźcie trochę ciszej – zza regału wyjrzała do nich bibliotekarka.

- Przepraszam, ja już pójdę – powiedzieli jednocześnie, wciąż patrząc na siebie ze złością, pod którą wciąż czaiło się coś innego.

Zosia obróciła się na pięcie, sięgnęła po plecak i wyszła z biblioteki. Filip stał jeszcze przez chwilę między regałami, palcami przeczesując nerwowo włosy i myśląc o realizacji swojego planu. W tym momencie trafił go szlag.

 

Zosia doszła do sali, w której mieli historię, nieco przed dzwonkiem kończącym przerwę. Monika już na nią czekała, zacierając ręce. Zosia była wściekła. Na Filipa, na Monikę i na siebie. Najbardziej na siebie.

- To co, jednak idziesz na półmetek, prawda?

- Po co mu powiedziałaś, gdzie jestem?

- A coś ty taka wściekła? Przysługę ci zrobiłam.

- Nie chciałam jej.

- Ale na półmetek idziesz.

- Nie, nie chcę, żeby ktoś się nade mną litował.

- Słuchaj, a nie wzięłaś pod uwagę, że on mnie wypytywał, z kim idziesz na półmetek, bo myślał, że go zaprosisz?

- Powiedział mi to. Doskonale go zrozumiałam. Wspaniałomyślnie uznał, że zlituje się nad kujonką i przypomni jej, że skoro się kolegują, to może go wynająć na półmetek.

- Wydaje mi się, że to przeinterpretowałaś – powiedziała Monika, kiedy równo z dzwonkiem na lekcję wchodziły do klasy. – I myślę też, że będziesz tego żałować.

Przez następne tygodnie Zosia wciąż ukrywała się w bibliotece. A Filip się nie odzywał. Milczał telefon, milczała poczta elektroniczna i nie szukał jej na przerwach. A ona szybko uświadomiła sobie, że Monika miała rację.

 

Wpatrywała się tępo w pustą kartkę zeszytu do polskiego. Powinna zastanawiać się nad analizą tekstu zadanego do domu, ale czysta strona kłuła ją w oczy, zamiast motywować do działania, jak to było zazwyczaj. Próbowała wziąć się w garść. Zawsze się udawało. Przecież bywało gorzej. Przecież nic tak właściwie się nie stało. Jest tak, jak było, zanim… Zanim zaczęła… Zanim Filip…

Poszła do kuchni, szukać wsparcia czekoladowego dla swojego mózgu. Przynajmniej tak miała brzmieć wymówka na wypadek, gdyby ktoś ją spytał, dlaczego wyjada krem czekoladowy. W kuchni mama gotowała zupę na jutro. Zosia wstawiła wodę na herbatę i niepostrzeżenie, jak jej się wydawało, sięgnęła po słoiczek kremu i łyżeczkę, korzystając z hałasu wywołanego przez czajnik. Mama tego nie zauważyła (lub nie skomentowała), jednak Zosia, wychodząc z kuchni, wpadła w przedpokoju na Jagnę.

- Chcesz pogadać? – szepnęła, mierząc krytycznie siostrę od stóp do głów, zatrzymując spojrzenie na sekundę na nutelli.

- Nie, nic mi nie jest.

- Masz już wyniki tego konkursu z geografii? Mówiłaś, że mają być pod koniec października.

- Nie. Ale mają być jeszcze w tym tygodniu.

- Tylko tym się tak stresujesz? – powiedziała Jagna z rzadką u niej troską w głosie.

- Już się bawisz w psychologa? Nie za wcześnie?

- Martwię się, bo wyglądasz jak kupa nieszczęścia.

- Czyli wszystko ok, skoro nic się nie zmieniło – odpowiedziała Zosia, choć miała wrażenie, że zmieniło się wszystko.

 

 

- Zosiu! – geografica zawołała ją, gdy weszła do pracowni jako jedna z ostatnich ze swojej klasy. – Podejdź proszę, przyszły wyniki konkursu.

- I? – Spytała Zosia, czując żołądek zaciśnięty w supeł.

- Nie wolisz najpierw iść po Filipa?

- Proszę mi już powiedzieć.

- Wasza praca nie zdobyła żadnej z głównych nagród, ale dostaliście wyróżnienie komisji wojewódzkiej za pozanaukowe walory pracy. Wasz program wycieczki ma trafić na stronę Towarzystwa Przyjaciół Łodzi.

Zosia pomyślała, że rzeczywiście ich wspólna praca miała walory pozanaukowe, myśląc o ich znajomości, a zwłaszcza rozmowach przez telefon, które wydarzyły się chyba w innej czasoprzestrzeni.

- Walory pozanaukowe. To takie w jego stylu.

- Przekaż to Filipowi, nie będę go szukała specjalnie. Jesteś pewnie rozczarowana. Ta praca była naprawdę dobra. Ale komisja ma swoje kryteria oceny.

- Nie, nie jestem rozczarowana – zaprzeczyła, mimo że uczucie zawodu już zaczęło gnieść ją od środka.

- Może w przyszłorocznym konkursie pójdzie ci lepiej.

- Myślę, że nie będę brała udziału.

- O, a to dlaczego?

- Dlaczego? – pomyślała Zosia. Bo bez Filipa to nie byłoby to samo. Bo nie byłoby lepiej. – Myślę, że nie odnalazłam się zbyt dobrze w formule tego konkursu – odpowiedziała nauczycielce, starając się zabrzmieć dyplomatycznie.

- Masz jeszcze czas, pogadamy pod koniec roku – nauczycielka przekazała Zosi kopię ich wyniku i zamknięciem teczki oraz otwarciem dziennika zasugerowała koniec rozmowy i przejście do tematu lekcji.

 

Zrobiło jej się smutno z powodu wyniku gorszego niż Filip z bliźniaczkami osiągnął w ubiegłym roku. Filipowi będzie szkoda, a nie chciała, żeby był nią rozczarowany. Zastanawiała się, jak mu to przekazać. Chciała z nim porozmawiać, choć napisanie sms-a byłoby prostsze. Nie za bardzo miała pomysł, jak zacząć. Nie rozmawiali od tej sprzeczki w bibliotece. Od tamtego czasu widziała go kilka razy, kiedy wychodziła ze szkoły, a on szedł na przystanek dwunastki jadącej w stronę Retkini.

Kreśliła kółka w zeszycie od historii, próbując zebrać myśli.

- Filip, znajdziesz dla mnie chwilę? Chciałam ci przekazać wyniki, Górna mi dzisiaj powiedziała.

- Filip, będziesz zły, ale poszło nam gorzej niż twojemu zespołowi rok temu.

- Filip, dostaliśmy wyróżnienie od komisji wojewódzkiej, praca ma szansę być opublikowana na stronie Towarzystwa Przyjaciół Łodzi, Górna tam kogoś zna.

- Filip, przepraszam, to pewnie ja zawaliłam pracę. Jestem do niczego. Powinnam ci to powiedzieć na samym początku, że się nie przydam.

- Filip, ja wciąż za tobą tęsknię.

- Filip, gdybyś czegoś potrzebował, czegokolwiek, ode mnie, to…

 

Wraz z upływem minut opuszczała ją odwaga i już miała po prostu napisać mu sms. Na początku przerwy obiadowej pobiegła do toalety. Stresowała się tak bardzo, jakby czekał ją ważny sprawdzian. Spojrzała w lustro. Była blada, a oczy jej błyszczały jak w gorączce. Bała się jego reakcji, wolałaby z nim porozmawiać na osobności, a nie przy ludziach na korytarzu. I, jak się szybko okazało, w swoich scenariuszach nie wzięła pod uwagę tego, jak w ogóle ma go zawołać. Od razu przechodziła do rozmowy z nim. I kiedy to sobie uświadomiła, poczuła atak paniki. Paszczur ma zagadać na korytarzu do przystojnego chłopaka, a ludzie wokół będą na to patrzeć i się śmiać. Wykręcając sobie palce u rąk, i zawracając ze trzy razy z drogi do sali, w której klasa Filipa miała mieć następną lekcję, dotarła do miejsca, z którego widziała jego potargane włosy. Zobaczył ją i na moment ściągnął brwi w minie wyrażającej głębokie zaskoczenie, a ona znów miała ochotę uciec, prosząc los o to, żeby to Filip podszedł do niej pierwszy. Jednak wiedziała, że to jej zadanie. Podeszła na odległość dwóch kroków od niego i grupki uśmiechniętych trzecioklasistów.

- Fi… Fili… - zaschło jej w gardle i musiała odchrząknąć. – Możesz? – wskazała puste miejsce przy parapecie po drugiej stronie korytarza. – Mógłbyś?

- Możesz mówić przy nas – zarechotał jeden z kolegów Filipa, co sprawiło, że Zosia miała ochotę zapaść się pod ziemię.

Filip się jednak nad nią zlitował i odszedł w stronę parapetu. Tego samego, który kilka miesięcy temu był świadkiem jednej z ich pierwszych rozmów.

- Co cię do mnie sprowadza, Miniaturko? – zapytał, wciąż wyraźnie zaskoczony.

Nie mówiąc nic podała mu złożoną na czworo kartkę od Górnej z wynikami, które przysłała komisja konkursowa. Zosia ze wstydem skonstatowała, że kartka jest pomięta i prawie rozsypuje się na zgięciach, mimo że od momentu, gdy ją dostała, minęły ledwie trzy godziny lekcyjne.

- Przepraszam cię.

- Za wygląd tej biednej kartki? – uśmiechnął się. Wyraźnie z niej żartował.

- Za to, że liczyłeś na zostanie laureatem konkursu, a ja nie okazałam się na tyle dobra, żeby… - powiedziała, patrząc na rozwiązane sznurówki swoich butów.

- Zosiu. Zosiu – powiedział ponaglająco. – Spójrz na mnie.

Spojrzała w te jego ciepłe oczy i w tym momencie pod powiekami zaczęły jej się zbierać łzy.

- Byliśmy w tym razem. Poza tym, o ile dobrze rozszyfrowuję tę informację – wskazał na tekst, który miał nieszczęście znaleźć się dokładnie na zgięciu kartki – dostaliśmy wyróżnienie wojewódzkie, a to duże osiągnięcie. Mamy się z czego cieszyć.

- Ale liczyłeś na więcej.

- Liczyłem na różne rzeczy. Nie można mieć wszystkiego.

- No tak. To ja już… - wskazała ręką stronę, z której przyszła.

- Rozumiem. Zadanie wykonane. Informacja przekazana. Idziesz – powiedział to tak dziwnie oschle, że tym razem to ona zmarszczyła brwi.

- Gdybyś czegoś potrzebował, nie wiem, czegokolwiek, to zawsze możesz… - powiedziała w przypływie odwagi i strachu, że to może być ich ostatnia rozmowa. – Chyba że nie będziesz chciał. Masz przecież mój numer, gdybyś nie chciał ze mną, no wiesz, rozmawiać w szkole przy ludziach – dodała ciszej.

Spojrzał na nią z niedowierzaniem, lekko kręcąc głową.

- Mogę ci się przydać przy okazji, nie wiem, analiz z polskiego albo sprawdzianów z WOS-u, albo czego tam jeszcze – kontynuowała.

- Radzę sobie, Zosiu.

- Rozumiem. To już pójdę. Jeszcze raz przepraszam – uciekła spod jego spojrzenia w stronę łazienki, bo nie umiała już powstrzymywać łez. Ze wstydu, ze smutku i z poczucia, że go zawiodła.

Dogonił ją na zakręcie tuż przy toaletach.

- Mów, co się dzieje – powiedział ponaglająco, zatrzymując ją przy ścianie i patrząc z tak bliska, że gdyby nie załzawione oczy, widziałaby ciemniejsze kropki w jego tęczówkach. – Już kiedyś zdarzyło mi się pomóc. Może i teraz mi się uda – położył dłonie na jej ramionach. Tak bardzo chciała, żeby ją przytulił.

- Po prostu czuję, że zawiodłam. Dostałeś kujonkę do pracy w zespole, a ja zawiodłam – wyszeptała słabo.

- Dlaczego tak mówisz? – zapytał, jakby nie wiedział.

- Taki przecież miał być cel. A wyszło jak zawsze.

- Co jak zawsze?

- Nie umiałam dać ci tego, na co liczyłeś.

- Wiem, trochę to trwało, ale dałaś mi to w końcu wyraźnie do zrozumienia.

- O czym ty teraz mówisz?

- Ja liczyłem na więcej, ale ty nie chciałaś. Sprawa jest prosta – spojrzał na nią z bólem w oczach, cofając dłoń, którą kierował w stronę jej twarzy. – Muszę iść. Gdybyś czegoś kiedyś ode mnie potrzebowała, to wiesz, gdzie mnie szukać – powiedział dokładnie w chwili, gdy zadzwonił dzwonek na lekcję i zostawił Zosię samą.

Dotarła na swoje zajęcia spóźniona. Trochę trwało, zanim się uspokoiła. Paszczur w lustrze miał czerwone plamy na policzkach od płaczu. Nie mogła w takim stanie wrócić do sali. Nic jednak nie pomogło przemycie twarzy wodą. Stwierdziła po chwili, że i tak nikt na nią nie zwróci uwagi. I poszła na swoją lekcję, ze spuszczoną głową.

 

- Zośka, co się stało? Wróciłaś na fizykę w takim stanie, że pomyślałam, że ktoś umarł – Monika podeszła do niej od razu po dzwonku na przerwę.

- Rozmawiałam z Filipem. Rozczarowałam go.

- Nie wierzę. Dostaliście wyróżnienie.

- Zepsułam to.

- Co znowu zepsułaś?

- Bo on… bo ja…

- A, czyli rozmawiamy o Filipie, a nie o geografii. Przecież ci mówiłam, a ty nie chciałaś wierzyć.

- Ale ja jestem paszczurem, a on… - Zosia w odpowiedzi głośniej zaszlochała.

- Zośka, ogarnij się! Ogarnij się, bo ci życie ucieknie sprzed nosa! Nie można tak dłużej. Chodzisz taka przygnębiona i zgarbiona, że rzeczywiście można się zdziwić, że temu Filipowi chciało się zaglądać pod tę twoją skorupę. Ile można się tak umartwiać! To jest chore!

- To co ja powinnam zrobić?

- Ogarnąć się, a później z nim pogadać bez tego całego jęczenia, jaka to jesteś beznadziejna.

- Nie jęczałam.

- Jęczałaś, na pewno.

- Samo się jakoś ułoży.

- Nie, Zośka. Jeśli nie weźmiesz spraw w swoje ręce, to same na pewno się nie ułożą.

- Ale ja nie umiem.

- To się naucz. Zacznij o sobie decydować. Ale tak naprawdę decydować.

- Straciłam go?

- A skąd ja mam wiedzieć? Facet latał za tobą śliniąc się przez dłuższy czas, a ty udawałaś, że interesuje cię tylko ta geografia. I tak był wytrwały.

- Boże, co ja zrobiłam.

- Tylko nie zacznij znowu ryczeć. Po prostu pomyśl, co możesz zrobić, żeby to odkręcić, jeśli ci na nim zależy.

- Boję się. Nie wiem. Nie wiem, czego chcę.

- To się dowiedz. Nie można zjeść ciastko i mieć ciastko. Albo ryzykujesz, albo rezygnujesz. Jak nie zaryzykujesz, to się nie dowiesz. Ogarnij to albo przestań gitarę zawracać.

- Ale co będzie dalej?

- To mnie o to pytasz? To ty go znasz. Chyba nawet lepiej, niż się do tego przyznawałaś.

Zosia pomyślała o „101 dalmatyńczykach”, skodzie favorit po dziadku i wspólnym milczeniu w drodze do szkoły.

- Wcale tak dobrze go nie znam. Nie wiem o nim mnóstwa rzeczy.

- To się dowiedz tego, czego potrzebujesz i postaw przed nim sprawę jasno. Tylko bez jęczenia.

- Tak. Zadanie do wykonania.

- Nazwij to jak chcesz, po prostu albo idziesz w jedną, albo w drugą stronę. I skończmy ten temat. I jeszcze jedno – spójrz na siebie czasem bez tego worka krytycyzmu. Trudno z tobą rozmawiać, jak stoisz tu z takim nadbagażem.

 

A co by się stało, gdyby mu zaproponowała, że pójdzie z nim na jego studniówkę? Że go potrzebuje? że za nim tęskni? Czy miałaby możliwość wrócić do stanu ich relacji z końca wakacji? Czy kiedykolwiek będą tak rozmawiać, jak w sierpniu przez telefon? Czy odprowadzi ją do domu? Odpisze na jej sms?

Zosia wybiegła ze szkoły, licząc na to, że go dogoni. Widziała, jak przechodził przez jezdnię, w stronę przystanku, ale na chwilę jego postać zasłonił tramwaj jadący w przeciwnym kierunku. Z rozpaczą zauważyła zbliżającą się do przystanku dwunastkę, do której Filip zamierzał wsiąść. Szybko poprawiła szelki plecaka i zaczęła biec tak szybko, jak tylko potrafiła, modląc się w myślach, żeby motorniczy ją zauważył i poczekał.

- Filip! Filip – krzyknęła, nie zważając na to, czy ktoś na nią patrzy. Czuła pieczenie w udach i pod powiekami. Nie wiedziała, czy to od zimnego powietrza czy z rozpaczy, że naprawdę już jest za późno. – Filip!

Nie obchodziło jej, że zamierza wsiąść do dwunastki, której unikała tak długo, chciała go tylko dogonić. Nie myślała o tym, co mu powie, bo bała się, że nawet na nią nie spojrzy.

- Filip! – wyrwało się z niej jeszcze jedno wołanie, gdy zobaczyła, że tramwaj odjeżdża. Łzy popłynęły jej ciurkiem. Spóźniła się.

Usiadła na ławce pod wiatą przystankową i nie wiedziała, co dalej. Oparła łokcie na kolanach i uspokajała przyspieszony oddech, wpatrując się w popękane płyty chodnikowe. Czy w ogóle miało to jeszcze sens, czy może należy sobie odpuścić, skoro się nie udało. Słyszała w głowie głos Moniki „jak nie zaryzykujesz, to się nie dowiesz”. Chciała wiedzieć, co byłoby dalej, ale się tego bała. A jednocześnie bała się nie robić nic.

- Hej – usłyszała tuż obok nad swoją głową.

Podniosła głowę i początkowo nie uwierzyła, że go widzi. Pakował właśnie do plecaka chleb.

- Nie wsiadłeś – stwierdziła.

- Wszedłem do sklepu – wskazał głową witrynę bezpośrednio za wiatą przystankową. – Czekasz na piętnastkę – stwierdził raczej niż zapytał.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

- Spieszysz się do domu.

Znów ten sam gest.

- Spieszyłam się do ciebie – wyszeptała.

 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Struga

Z początkiem grudnia poczułam bezpieczeństwo zalążka rutyny, która wkradła się w moje małe życie. Z migawki miałam zacząć korzystać dopiero w przyszłym roku akademickim, na razie trenowałam najkrótszą trasę między dworcem a uczelnią. Jeśli się pospieszyłam, na miejscu byłam szybciej niż jadący według planu tramwaj. W godzinach szczytu to nie było jednak żadne osiągnięcie. Do śmierdzącego moczem przejścia podziemnego, dalej koło żyletkowca do Sienkiewicza, szybki skręt w ciemną Moniuszki, opary unoszące się z Irish Pubu, mdlące i duszne, ten sam niepełnosprawny żul czuwający przy niskim, zarzyganym parapecie. Zaczęłam rozpoznawać detale miejsc – codziennie te same łódzkie szarości, tym mniej nasycone, im wcześniejsza była godzina. Przez większość tygodnia właśnie była wczesna. Nauczyłam się, gdzie robić skrót między Piotrkowską a Kościuszki, a później dobiec do Andrzeja. Nie, wybiegam zbyt naprzód. Wtedy jeszcze mówiłam Struga. To odróżniało mnie ostrymi liniami od miejscowych. To b...

Dwunastka (2)

To jest druga część opowieści o Zosi i Filipie. Poprzednie znajdziesz tu .    - Zosiu, zostaniesz po zajęciach? Był początek czerwca. Geografica, pani Górna, właśnie skończyła odpytywać osoby, które poprawiały oceny na koniec roku. Zosia nie miała nic do poprawienia. Kiedy wywołała jej imię, miała wrażenie, że czuje na sobie zdegustowane spojrzenia reszty klasy. Poprawiła grzywkę, nasuwając ją na oczy. Kiwnęła głową do nauczycielki, bez odzywania się. Monika w tym czasie chowała głowę za opartą o brzeg ławki książką, w której ukrywała telefon. Pewnie pisała do Karola. Na szczęście od kilku tygodni przestała dzielić się ze wszystkimi szczegółami ich związku. Zosia pomyślała, że to pewnie przez to, że zrobiło się między nimi zbyt intymnie. Zadzwonił dzwonek na długą przerwę, wszyscy zaczęli wychodzić na korytarz, ale do klasy weszło troje uczniów z innych klas, których Zosia nie znała. Dwie dziewczyny, rudowłose bliźniaczki, i chłopak. Nauczycielka zaprosiła ich ręką, a Zosi...

Dwunastka. Nowela

Zapraszam Was serdecznie do lektury opowieści pt. Dwunastka , której główna bohaterka - licealistka Zosia ma problemy z niską samooceną. Wrażliwa dziewczyna poznaje pewnego siebie chłopaka, z którym zaczynają ją łączyć wspólne cele. Akcja noweli dzieje się w Łodzi. Dla wygody publikacji podzieliłam tekst na mniejsze fragmenty Dwunastka cz. 1 Dwunastka cz. 2  Dwunastka cz. 3 Dwunastka cz. 4 Dwunastka cz. 5 Dwunastka cz. 6 Zapraszam też, jeśli ktoś tak woli, na mój profil na wattpadzie https://www.wattpad.com/user/joannasiemiradzka